Na pewno nie zapomnę

W wieku osiemdziesięciu lat zmarł rumuński trener Mircea Lucescu. Miałem okazję go poznać jeszcze na początku kariery i to w szczególnym momencie.

Był wybitnym trenerem, może dlatego niewielu już pamięta, że wcześniej także świetnym piłkarzem. Z reprezentacją Rumunii, po raz pierwszy w historii tego kraju, awansował do finałów mistrzostw świata w Meksyku w 1970 roku i wystąpił w nich w trzech meczach.

Jego szkoleniowe dokonania związane z 47-letnią karierą są imponujące. UEFA poświęciła mu okolicznościowy tekst, w którym wyliczyła (za: uefa.com):

„Ostatnia rola Lucescu sprowadziła go do Rumunii, gdzie w zeszłym miesiącu został najstarszym aktywnym trenerem w historii elitarnej piłki nożnej – w wieku 80 lat i 240 dni poprowadził Rumunię w meczu barażowym eliminacji do mistrzostw świata przeciwko Turcji. Był to 1687. mecz w jego niezwykłej karierze trenerskiej, która przyniosła 35 tytułów krajowych i europejskich”.

Rumunia przegrała 0:1, co jej trener przepłacił zawałem serca, trafił do szpitala. Niestety jego stan nie ulegał poprawie i lekarzom ze Szpitala Uniwersyteckiego w Bukareszcie nie udało się go uratować.

Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że dla Rumunów był równie legendarną postacią co Kazimierz Górski dla Polaków. Z reprezentacją swego kraju wywalczył pierwszy historyczny awans do finałów mistrzostw Europy w 1984 roku. Z powodzeniem pracował w zagranicznych klubach. Do jego największych osiągnięć należało zdobycie Superpucharu Europy z tureckim Galatasaray Stambuł (2000) i Pucharu UEFA z ukraińskim Szachtarem Donieck (2009).

Miałem okazję go poznać na początku trenerskiej kariery. Gdy w 1990 roku prowadził Dinamo Bukareszt, awansował z nim do półfinału już nieistniejącego Pucharu Zdobywców Pucharów. Miał w nim zmierzyć się z Anderlechtem Bruksela. Pojechałem na rewanżowy mecz (pierwszy wygrał Anderlecht 1:0) do Bukaresztu, mając dzięki temu możliwość zobaczenia jak wygląda Rumunia zaraz po rewolucji, co, nie ukrywam, było ważnym dodatkowym argumentem do wybrania się w daleką podróż. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 1989 roku, doszło do obalenia znienawidzonego dyktatora Nicolae Ceaușescu.

Rewanżowy mecz półfinałowy miał się odbyć w środę zaraz po Świętach Wielkanocnych, co jest istotne, by zrozumieć jaką zaliczyłem podróż do Rumunii. Realia znacznie różniły się od obecnych, dlatego pojechałem tam pociągiem. W pierwszy dzień świąt wsiadłem do niego na stacji Warszawa Wschodnia i byłem jedynym pasażerem w wagonie. Myślałem, że na następnej stacji, Warszawie Centralnej, wagon się wypełni. Ale nikt już do niego nie wsiadł aż do samego Bukaresztu! Chyba tylko ja uznałem, że święta stanowią dobry moment na podróżowanie. Jechałem w wagonie sypialnym dwa dni sam z dwoma konwojentami! Przegadaliśmy wiele godzin podczas tej podróży. Opowiedzieli mi sporo o Rumunii, do której jeździli już wcześniej, jeszcze za czasów dyktatury.

Ślady po jej obaleniu w Bukareszcie były widoczne - wypalone okna domów, ślady po kulach w ich ścianach czy maleńkie kapliczki postawione na ulicach w miejscach, w których zginęli ludzie. I jeszcze jeden, podczas meczu Dinama z Anderlechtem – rumuńskie flagi w zmodyfikowanej wersji. Tej modyfikacji spontanicznie dokonali kibice. Przynieśli na trybuny te z trzema pionowymi pasami - niebieskim, żółtym i czerwonym, ale na samym środku zamiast dawnego komunistycznego herbu kraju miały wyciętą okrągłą dziurę.

Dinamo przegrało 0:1 i do finału nie awansowało. Ale kilka dni po meczu pucharowym grało ligowy u siebie z Jiulem Petroşani i wygrało 3:0. Dla mnie znacznie ciekawsza od śledzenia boiskowych wydarzeń była możliwość poznania i porozmawiania z Lucescu po zakończeniu spotkania.

Okazał się niezwykle sympatycznym, skromny i wyważonym człowiekiem. Emanował spokojem i normalnością. Interesowały mnie nie tylko jego opinie na temat dwóch ostatnich meczów Dinama, które miałem okazje obejrzeć, ale też doświadczenia związane z życiem i pracą za czasów okrutnej dyktatury.

Gdy już wydawało się, że pora się pożegnać, Lucescu zapytał, gdzie mieszkam w Bukareszcie. Powiedziałem, że w hotelu Ambasador przy głównej ulicy miasta. Zaproponował, że mnie podwiezie swoim samochodem!!! On, już znany trener, mnie, początkującego wtedy dziennikarza. W piłce panowały jeszcze inne realia. Teraz taką sytuację już trudno sobie wyobrazić. I rzeczywiście podwiózł mnie pod sam hotel. Gdy zatrzymał przed nim samochód jeszcze kilka minut przegadaliśmy.

Wiele lat później robiłem z nim wywiad. Pracował chyba w Szachtarze. Zadzwoniłem i zapytałem czy możemy porozmawiać. Zgodził się bez żadnych oporów. Sława go nie zmieniła. Był tym samym człowiekiem, jakiego zapamiętałem z Bukaresztu. Przypomniałem mu nasze spotkanie sprzed lat. Nie pamiętał go. Trudno się dziwić, bo takich jak ja na trenerskiej drodze przez lata spotkał na pewno setki. Za to ja spotkania z nim na pewno nie zapomnę...

▬ ▬ ● ▬